Zero to absolutne nic,  totalna obojętność, nic w nim złego, nic dobrego, pełen obiektywizm i neutralność. Początek, wszystkiego,  płaszczyzny i przestrzeni, a więc gotowe do wypełnienia puste cos. Jak go wypełnimy zależy tylko od nas.

Jest tyle spraw, osobistych, społecznych tyle sytuacji w życiu gdzie ustalenie takiego zera stało by się niezwykle pomocne.

W pracy jest pewna linia zero. Płacą mi więc wykonuję swoja prace najlepiej jak potrafię nie kierując się osobistymi animozjami, złośliwością czy wprost przeciwnie, sympatią. Czasem wymagane jest coś ponad  to wtedy słynny „Pan Misio” może powiedzieć że idziemy sobie na rękę. Wszystko co do tej pory to obojętna baza.

Wywołany „Pan Rysio” omal nie wstąpi do nieba reperując mi cokolwiek w domu. Nie ważne ze to zwykła usługa za którą nie dyskutując zapłacę on mi idzie na rękę, przesuwa się od punktu zero ku – ∞

Wczoraj usłyszałam o podróżującej samolotem osobie na wózku. Wózek oczywiście zaginał i został potraktowany jako bagaż, nie jako coś wyjątkowego.  Bez wątpliwości to błąd. Ale to wywołuje pytanie gdzie jest punkt zero? Gdzie umieścimy linię, którą odetniemy równych od równiejszych. Osobom niepełnosprawnym bez wątpienia należy się specjalne traktowanie. Właśnie specjalne, przyjmijmy do wiadomości że to tego potrzebują, wyrównywania szans, wtedy łatwiej będzie ich zrozumieć. Mówienie o równosprawności w tej sytuacji to zamazywanie oczu.

A między ludźmi? Zero to neutralność uczuć? Pewnie tak. Mam tu na myśli przestrzeń, którą zawsze warto dać tej drugiej osobie zanim będzie miała nas dosyć i ucieknie z krzykiem.

Przykłady można by mnożyć i nie mówcie mi że wszystko na tym świecie jest subiektywne.